Krzysztof Kwiatkowski

Od walenia po mordzie do wzajemnego szacunku

z Krzysztofem Kwiatkowskim - kiedys trudnym chlopcem,
dzis pedagogiem i autorem ksiazki "Survival po Polsku"
rozmawia Dariusz Majgier-Cobretti

przedruk z marcowego wydania Reportera za zgoda autora-wydawcy

Cobretti: Poprosilem Krzyska o udzielenie wywiadu. Zeby nie byl to taki banalny wywiad, zostal on skonstruowany w niecodzienny sposob. Pytania zadawalismy razem, najpierw On, potem ja, ale odpowiadal tylko Krzysiek. Co nie?
Krzysiek: Postanowilem zapomniec o moich samochwalczych tendencjach i osobiscie wcielic sie w role reportera, ktory - obiektywnie - wyciagnie ze mnie co trzeba.

- Kim jestes?
- Oczywiscie, ze kims waznym, skoro chcesz robic ze mna wywiad.

- Ja na powaznie...
- Jasne! Otoz uwazam, ze jestem po prostu normalny, a wiec sprawialem klopoty jako dziecko, wagarowalem w liceum, probowalem brac urlop dziekanski, az wreszcie zacumowalem u wybrzeza, ktore sie zwie pedagogika. Przedtem zawijalem na krotko do roznych portow. Najdluzej trwalem przy sztukach pieknych, bo az 2,5 roku Wyzszej Szkoly Sztuk Plastycznych to kawal przygody.

- A pozostale porty?
- Och, bylo tego a bylo... Gdyby ktos przejrzal moja biblioteczke, szybko moglby skatalogowac moje mlodziencze i obecne pasje. Kupowane przeze mnie ksiazki doskonale to odzwierciedlaly. Pisma i alfabety, szyfry i odczytywanie ich, Japonia, Indie i inne, historia sztuki, muzyka rockowa, fotografia, filmowanie, motocykle, jezdzenie i grzebanie w silnikach, wahadelko, tarot, czakramy, i-cing, filozofia wschodu, psychologia, strategiczne gry, programowanie, sklad i grafika komputerowe, survival i bycie strazakiem, psy, koty i inne, zachody slonca, strumienie, Tolkien, gory, dzicz; muzyka powazna, poezja, czytanie i pisanie, jazda konna, zagle, Makarenko i Korczak; rozne takie, bardzo liczne.

- Po co ci tyle wszystkiego? Przeciez trudno byc fachowcem, gdy sie czlowiek rozdrabnia.
- Po pierwsze primo, to kto powiedzial, ze koniecznie trzeba byc fachowcem, a po drugie primo...

- Nie mowi sie "pierwsze i drugie primo"...
- ...a po drugie primo, to jestem przeciez fachowcem.

- ?!!
- Wszak mowilem o pedagogice, prawda? Wykonuje ten zawod ponad 15 lat. Otoz moge byc w miare niezlym pedagogiem takze dzieki temu, ze po trochu znam sie na wszystkim. Moge wiec zaspokajac pragnienie wiedzy, budzic chec poznania nowego, wreszcie mam po prostu o czym gadac.

- A czego uczysz?
- Nie mowilem, ze jestem nauczycielem, ale pedagogiem. Zajmuje sie wychowywaniem, a nie nauczaniem. A zajalem sie resocjalizacja, czyli wychowaniem tak zwanej "mlodziezy trudnej". Zawsze szedlem ku temu. Pracuje w zakladzie wychowawczym.

- Jestes klawiszem?
- Skadze znowu! Pracuje w takim miejscu, bo go nienawidze pelna dusza! Poszedlem tam pracowac, bo chce zmieniac zaklady wychowawcze. Kiedy zaczalem swe pierwsze dyzury w 1986 roku, wowczas glowna metoda pracy bylo walenie po mordzie. Teraz mamy warunki niemal kolonijne, wczasowe. Przesadzam rzecz jasna, miejsce wyznacza wiele zachowan, ale nie ma u nas cpania, pijanstw, burd. Stosunki miedzy wychowankami a kadra sa momentami bardzo rodzinne. Nie znaczy to, ze nie ma u nas zadnych problemow. Chlopcy przychodza do nas z ogromnym bagazem krzywd i nauczeni rwac z zycia kazdy kes. To dzieje sie zazwyczaj podobnie, jak w swiecie drapieznikow.

- Musisz byc odwazny...
- Nie musze. Jestem spokojny i otwarty. Przez caly czas pracy w tej placowce, zaledwie jeden raz, i to przez przypadek, uslyszalem skierowane do mnie "spierdalaj!". Nikt nie uniosl na mnie reki. Nie ze strachu przede mna. Nie uzywam sily. Uzywam autorytetu, przyjazni, szacunku, tolerancji i wymagania, zyczliwosci i niewywyzszania sie, mlodzienczosci duszy i zainteresowan.

- Ale praca jest ciezka...
- Jesli lubi sie swoja prace, to nie czuje sie jej ciezarow. Poza tym ja lubie trudy. Stad moje zapedy w strone survivalu.

- Czego?
- Sztuki przetrwania. Taki sport. Napisalem nawet ksiazke na ten temat.

- Ooo! Prosze!
- Co sie tak dziwisz? Przeciez swietnie o tej ksiazce wiesz.. W koncu zaskoczylem sam siebie, ze napisalem te ksiazke i ze pojawila sie ona w ksiegarniach. Wzialem sie za pisanie najpierw z ciekawosci, jak to pojdzie. Potem, dzieki komputerowi, wszystko zaczelo sie ukladac w sensowna calosc. No i stalo sie!

- To znaczy stales sie AUTOREM?
- To znaczy, ze zaczely przychodzic listy od czytelnikow. To znaczy, ze pojawila sie recenzja. To znaczy, ze naklad zaczal sie wyczerpywac.

- Ha, ha, ha! Ale glupoty gadasz! Przeciez to byl maly naklad, trzy tysiace egzemplarzy to zadna sztuka sprzedac.
- Co sie smiejesz?! W koncu ksiazka nie byla wydana tak rewelacyjnie, bez kolorowych zdjec, do tego kupe twojego marudzenia, slowa, slowa...

- Tyyy! Chory jestes?! A nie bylo to twoje marudzenie?!
- ...slowa! A pani z zaprzyjaznionego sklepu z odzieza militarna powiedziala, ze przychodza chlopaki, biora toto do reki i odkladaja, bo malo obrazkow. Nikt nie czyta!

- Zaraz, zaraz! To byl w koncu twoj wlasny pomysl, zeby ograniczyc obrazki ilustrujace czynnosci, by ksiazka "gadala", by byla "zywa". Dlatego sam pisales, ze wlasnie wtedy kiedy piszesz, a ci ktos akurat mowi cos na temat twojego pisania, to zapisujesz to gadanie. I ciagle wspominales tych, ktorzy cos ci dopowiedzieli, i tych, ktorzy dodali cos do twego wlasnego doswiadczenia. Bo - sam mowiles - chciales, zeby ksiazka nie byla popisywaniem sie tym, jaki to jestes madry i cacany, ale zeby byla rozmowa z tym kims, kto ja bedzie czytal. Bo potrzebujesz miec w zyciu tych, ktorzy poznaja twoje slowa i zechca nad nimi pomyslec. A jak beda tego potrzebowali, to dadza ci odpowiedz. No i niektorzy dali. Mialo to byc samym zyciem.
- Niby tak. Ale wlasciwie po co...?
- Przeciez survival jest sztuka BYCIA. Przetrwanie oznacza bycie. A bycie... Bycie jest stale, wokol ciebie, w tobie. TO dzieje sie bez przerwy. Dzieje sie i natychmiast konczy. Jak zachod slonca. Dzieje sie i natychmiast zmienia w co innego, jak dzien - w noc. A wiec survival jest tylko odmiana twojego istnienia. A wiec jest toba i twoim istnieniem. I istnieniem innych ludzi. A wiec jest w nim wszystko. I to chcialem ukazac. Jesli ktos nie lubi czytac... to trudno!

AUTOR WYWIADU: Zdenerwowalem sie wreszcie, ze nie dopuszcza sie mnie do glosu. W koncu kto tu jest wazniejszy?!
Cobretti: - Teraz ja! Sprobuj odpowiedziec na pytania w miare uczciwie, bez koloryzowania.
Krzysiek: - Nie odbieraj mi przyjemnosci kreowania swego obrazu, skoro juz mam okazje.

- To nie jest uczciwe! Inni chcieliby cie poznac prawdziwego, a nie zagranego wedlug zaplanowanej roli...
- Czy zawsze jestes wszystkiego pewien? Czy wszystko jest wylacznie prawda? Czy swiat widziany przez ciebie jest prawdziwy jesli... nie widzisz ultrafioletu albo podczerwieni? Nie zauwazasz dookola siebie falszu, bo nie docieraja do ciebie infradzwieki?

- Obiecaj chociaz, ze nie przesadzisz!
- Pytaj!

- Znam wielu ludzi, ale takich, ktorzy byliby ludzmi wszechstronnymi rzadko mozna spotkac. Co Cie pasjonuje?
- Wlasciwie wymienilem juz caly szereg zagadnien, ale... by to jakos sensownie nazwac... to pasjonuje mnie zycie. I nie jestem, nie uwazam siebie za wszechstronnego - staram sie po prostu mozliwie dobrze znac zycie. I cieszyc sie nim.

- Niektorzy mowia, ze im wiecej czlowiek wie tym mniej wie? Zgadzasz sie z tym, bo ja nie... Zreszta nawet ten zwrot jest dziwny...
- Co w nim dziwnego? Jesli doswiadczasz nagle, czlowieku, ze ta cala wiedza, ktora sie dotad szczyciles pozwala zorientowac sie, ze jej poklady sa dla ciebie niewyczerpywalne, ze to, czego nie wiesz do tej pory, jest przeolbrzymia masa, ktora bylaby cie w stanie przygniesc - to czego sie dowiadujesz, czlowieku? Ze nic nie wiesz! Zreszta tak wlasnie brzmi to powiedzenie, ponoc Sokratesa: "Wiem, ze nic nie wiem". Sokrates imponuje mi niezwykle (no i Platon zarazem), i jesli choc troche w swej niewiedzy zblizam sie do tego czlowieka z czasow starozytnych, to jestem z tego niezwykle dumny.

- Jak jest u Ciebie z zainteresowaniami? Koncentrujesz sie na jakiejs pasji przez pewien czas, potem o niej zapominasz skupiajac sie na czyms innym? A moze zajmujesz sie kilkoma rzeczami na raz?
- Wszystkie chwyty dozwolone!

- Tak przy okazji, jak znajdujesz na wszystko czas? Musisz miec swietna pamiec?
- Mam ciagle cos do roboty i jednoczesnie uwazam sie za faceta, ktory ma kupe wolnego czasu. Mnogosc i zakres zainteresowan daja mi poczucie, ze cokolwiek robie, czynie to w ramach swego czasu wolnego, dla przyjemnosci. Dlatego nie doswiadczam "mak wypelniania obowiazkow". Dla mnie obowiazki sa moja przyjemnoscia. A jak nie sa, to je takimi czynie. Jesli chodzi o pamiec, to mam ja bardzo wybiorcza. Sprawy, ktore uwazam za niewazne, prawie natychmiast wywalam z glowy. Dochodzi na tym tle do nieporozumien miedzy mna a moja zona, bo bywa, ze sa to sprawy wazne... dla niej. Ale doskonale pamietam na przyklad zapachy, nastroje, to, co sie dzialo miedzy ludzmi w jakims momencie, kiedys, kiedy bylem przedszkolakiem. Pamietam w co sie wtedy bawilem, co wowczas przezywalem. Moze dlatego doskonale czuje sie wsrod dzieci i mlodziezy, a ponoc oni ze mna, chociaz po trochu i tak dziadzieje. Daleko mi jednak do zdziadzienia niektorych ludzi, nawet mlodszych ode mnie o 10, czy 20 lat!

- Wszechstronnosc bardzo pomaga, szczegolnie Tobie. Zajmujesz sie wychowaniem "mlodziezy trudnej" - czym ich mozna zainteresowac? Interesuja ich komputery, internet, gry strategiczne... albo zabawa w survival?
- To prawdziwy trud. Swiat doroslych jest - w moim odczuciu - swiatem niezwyczajnego zaklamania. To niezwyczajne zaklamanie jest oczywiscie jak najbardziej zwyczajne wydajac sie niezwyczajnym z powodu tego, ze jest wlasnie zaklamaniem. Mlodzi ludzi zawsze placa za to bardzo ciezko. Albo staja sie zaklamanymi doroslymi, tracac tym samym samych siebie, albo walcza o siebie-prawdziwych, tracac dostep do tego wszystkiego, co anektuja sobie owi zaklamani. Bywa tez tak, ze w protescie przeciw zaklamaniu buntuja sie straszliwie, az wreszcie - stajac sie doroslymi - zatracaja sie w tym o co im chodzilo, i wlocza sie po swiecie meczac siebie i innych. Niektorzy zas od samego poczatku nie zostali dopuszczeni do tej mozliwosci wyboru samego siebie, wpakowano ich od razu w swiat doroslych i teraz wyrywaja, kradna, katuja. Ci wymienieni w dwoch ostatnich kategoriach trafiaja do mnie. Pierwsi w buncie odrzucaja to, co im sie podaje, drudzy robia to samo, ale dlatego, ze wmowiono im, ze to sa sprawy zupelnie niewazne: piekno, poezja, szacunek, lojalnosc, wrazliwosc, uczciwosc, tkliwosc, rzetelnosc, szlachetnosc - same zapomniane slowa.

- Ale sa tacy, ktorzy przejawiaja calkowity brak zainteresowania swiatem? Potrafia caly dzien przestac na klatce schodowej, wyzlopac kilka butelek wina i drzec morde na cale osiedle... bez sensu...
- Nigdy nie dowiedzieli sie o sobie niczego dobrego, procz tego, ze niezle ciagna wino, ze rewelacyjnie dra morde. Dowiaduja sie za to od doroslych, ze sa zli i lepiej by bylo, zeby sobie poszli gdzie indziej. To ta ostatnia kategoria wymieniona przeze mnie.

- Wracajac do survivalu - klasyczny survival to bytowanie sam na sam z przyroda, czesto w dzikim i niezamieszkalym terenie. Mutacje dotykaja umiejetnosci przezycia w centrum duzych miast. Moze za pare lat bedzie tez mozna przeczytac o "survivalu internetowym", pomagajacym poruszac sie po internecie, sposobie umiejetnosci kontrolowania sie, zycia na sieci. Sztuka przetrwania w swiecie iluzji, wirtualnej rzeczywistosci... Co o tym sadzisz?
- Do Internetu potrzeba jedynie dobrych przewodnikow, aby sobie "zeglowac". Ale zeby spotkac sie z ludzmi, trzeba czego innego, niz tylko powiedziec im "Hej!" w przelocie. Dla mnie survival nie jest "po prostu sportem", czy mutacja sportu. Jest to najpierw odnajdywanie siebie w przyrodzie, a zaraz potem odnajdywanie innych ludzi, a tym samym sensu zycia. Jesli ktos zastosuje survival mechanicznie, jak mechanicznie spedza sie czas przed telewizorem - tez dobrze, moze byc! Ale mechanicznosc dzialan (uprawianie surviwalu), ktore w zalozeniu maja miec pewna glebie, jest przyslowiowym wbijaniem gwozdzia przy pomocy zegarka. Dla mnie survival jest filozofia. I dlatego - poniewaz mozna go uczynic zamiast nudnym i mechanicznym, takze ciekawym i pelnym przygod - nadaje sie swietnie do podsuniecia wszystkim ludziom zagubionym w zyciu i niedostosowanym.

- Zycie jest okrutne, bagaz doswiadczen na pewno pomaga znosic Ci trudy zycia. Na ile znasz samego siebie i na ile jestes siebie pewien?
- Juz dawno powiedzialem sam sobie, ze wszystko, co moze mnie zlego spotkac, jest tylko przygoda, zla, ale przygoda. A przygoda ma to do siebie, ze w koncu zaczynam w niej brac aktywny udzial i zaczynam ja prowadzic po swojej mysli. Ponadto jedynie pokonywanie zyciowych przeszkod rozwija. Dlatego wierze w siebie i to mi daje przewage nad tymi, ktorzy tego o sobie powiedziec nie moga, a uwazam, ze takich jest wiekszosc.

- I tak powoli przeszlismy do filozofii, psychologii - czyli tego w czym jestes rownie mocny. Jest cos co chcialbys poznac obecnie?
- To jest tak, jak z brydzem: ledwo go poznasz, juz mozesz w niego niezle pograc, ale uczysz sie go cale zycie. Wszystkiego chcialbym sie nauczyc, a naucze sie bazujac na tym, co mi sie samo podsunie, co mi poda los.

- Nie masz czasem zalu, ze juz pewnych rzeczy robic nie bedziesz mogl? Czy to z powodu wieku, czy braku pewnych predyspozycji lub innych ograniczen...
- Mam zal. Mam zal do tego, ze czas juz minal. Ale nie do losu, bo robilem za to inne rzeczy. Mam zal, ze nie mam wlasnego dziecka i moge liczyc, ze moze znajdzie sie ktos, kto sam zechce nim dla mnie byc, bo takie wybory - uwazam - maja gleboki sens. To jest zupelnie co innego, niz pojscie sobie do domu dziecka i wybranie jakiegos cherubinka. Moj wiek nie jest na razie jeszcze zbyt wielkim ograniczeniem, jedynie do szukania pracy, bo w ogloszeniach pisza, ze poszukiwani sa ludzie mlodzi, przed trzydziestka. Mam ograniczenia zwiazane z praca, przykuciem do jednego miejsca, bo juz nie wybiore sie w podroz na piechote dookola swiata bez pieniedzy, zarabiajac po drodze na jedzenie i ubrania. Nie moge tez wyjechac sobie dowolnie w Bieszczady czy Tatry - kiedy chce. Mam tez pewne ograniczenia zdrowotne, bo dolega mi kregoslup.

- Coz, braki owe zawsze mozna zrekompensowac sobie inaczej, np. piszac, pozwalajac bohaterom opowiadan na przezywanie tego, co dla nas jest niedostepne... Rowniez piszesz?
- Raczej do szuflady. Wydalem na razie tylko "Survival po polsku", ale przynajmniej wiem, ze pogratulowal mi jej sam Jacek Palkiewicz, co oznacza dla mnie pasowanie na rycerza odebrane z rak samego krola. To o czym pisze, to robie, robilem, doswiadczam i doswiadczalem. Nie zajmuje sie pisaniem o moich mrzonkach, o tym jak to jestem genialnym strategiem, podczas gdy w zyciu nie mam pojecia o przyzwoitym rozegrania partii "tysiaca". Moje braki rekompensuje raczej w wydobywaniu nowych wartosci z moich wychowankow. Chce, zeby byli lepsi ode mnie. O klopotach zwiazanych z pobudzaniem tych "trudnych" wspominalem. Czekam na swego ucznia, czy uczniow, ktorzy wiedza czego chca i wydobeda ze mnie maksimum. Szkolilem sie dlugo w Neko-do, czyms jakby podobnym samurajskiej sztuce rozwiklywania problemow, sztuce walki bez walki. Szkoli sie tylko jednostki i to dopiero, kiedy sie widzi w nich gotowosc na przyjecie pewnego stylu zycia, gdy widzi sie juz moc ducha, ktora nie pozwoli sprzeniewierzyc sie szlachetnym zasadom.

- Dasz sie czytelnikom Reportera wykorzystac? Gdyby ktos chcial zaczerpnac z przepastnych zasobow Twojej wiedzy, pod jaki adres ma wyslac maila?
- Jasne! Tak widze swoje "zyciowe poslannictwo". Jestem krisek@infocentrum.com Tylko nie przesadzajmy, ze jestem skarbnica wiedzy! Co najwyzej komus sie przydam w jego wlasnych, wartosciowych poszukiwaniach.

Wywiad ten ukazal sie po raz pierwszy w internetowym miesieczniku Reporter - duzo dobrego czytania, naprawde polecam prenumerate!